piątek, 24 lipca 2015

szachulcowe wnętrza

na Pogórzu Izerskim i Kaczawskim nie ma wsi bez czarno białej (a czasem brązowo beżowej) kraty, ale o tym była mowa już nie raz. gdy szachulec jest na zewnątrz, nie zaskakuje nas jego widok wewnątrz, jednak wiele starych domów ma ściany szachulcowe nawet jeśli na zewnątrz tego nie widać. domy z kamienia, czy cegły ukazują swoje kraciaste oblicze dopiero po wejściu do środka (o ile właściciel nie schował go pod grubą warstwa tynku, boazerii, tapety itp). dom, który nie był od wielu, wielu, wielu lat zamieszkały lub tylko część była używana, z pewnością ma belki i deski pokryte starą, brudną farbą, której chciałoby się jak najszybciej pozbyć. wspaniale, jeśli są one pokryte farbą wapienną, o wiele gorzej jeśli mamy do czynienia z wszędobylską olejną.

kiedy kupiliśmy śledzibę ściany i belki stropowe wyglądały paskudnie. pod grubą warstwą kurzu i pajęczyn (bleee), straszyła sypiąca się "starożytna" farba. na początku baliśmy się czegokolwiek ruszać - wszak to zabytek ;-) i jakoś koegzystowaliśmy z tym brudem.
miarka jednak się przebrała i od pewnego czasu zajmuję się czyszczeniem wewnętrznych ścian. na szczęście dużą część wnętrz domu pokrywa zwykła, prawdopodobnie home-made farba wapienna, której usuwanie jest dość banalne. wystarczy wiadro z wodą, szczotka ryżowa, szpachelka, gąbka i duuuuuużo cierpliwości.


zaczynam od skrobania farby szpachelką z pól szachulca (do samej gliny).

 


potem moczę drewno gąbką i szoruję szczotką do uzyskania pożądanego efektu. co jakiś czas z belki trzeba zmyć wyszorowaną farbę przy pomocy gąbki (polecam taką do mycia samochodu - bardzo dobrze zbiera brud).

 
niektórzy do tego celu używają szlifierki kątowej (flexy),  jednak po co pylić, hałasować, naruszać delikatne drewno, skoro farbę wapienną można po prostu zmyć. sposób ten ma jeszcze jedną olbrzymią zaletę - nie wymaga krzepy drwala i precyzji chirurga ;-)
 

wtorek, 2 czerwca 2015

DODP 2015 w pigułce

DODP 2015 po raz kolejny przysporzył nam wiele radości i niespodzianek. od rana do wieczora śledziba żyła, a takie chwile są dla nas najcenniejsze. cieszymy się za każdym razem, gdy goście zwiedzający nasz dom odkrywają śledzibowe zakamarki i z zainteresowaniem, tak jak my za pierwszym razem, oglądają zlew, malunki na drzwiach, czy okiennice wewnętrzne.

odwiedzili nas goście którzy się zapowiadali i znajomi bez zapowiedzi. tacy, których się spodziewaliśmy (bo jako jedyni byli na każdym śledzibowym dniu otwartym ;)) i ci, których wizyta była olbrzymim zaskoczeniem, specjalista od remontów domów przysłupowych, sąsiedzi (w tym wcześniejsza właścicielka śledziby!).


serdecznie dziękujemy za wizytę i zapraszamy ponownie!
(może być nawet raz w tygodniu ;))

niedziela, 24 maja 2015

ostatnia niedziela maja

zbliża się Dzień Otwartych Domów Przysłupowych. kto planował ten wie, kto ma ochotę na spontaniczną wycieczkę, zapraszamy w najbliższa niedzielę, tj. 31 maja 2015 r., do śledziby lub innego obiektu zgłoszonego do tej imprezy.



"Dzień otwarty..."  to coroczna akcja promocyjno-edukacyjna zlokalizowana na obszarze występowania domów przysłupowych, czyli na trójstyku Czech, Niemiec i Polski :-)

więcej informacji, w tym wykaz domów do zwiedzania, znajdziecie na stronie stowarzyszenia Dom Kołodzieja.

kto nie lubi tłumów może wpaść do nas w innym terminie, w cieplejszym półroczu dom jest otwarty prawie nieustannie :)

piątek, 8 maja 2015

czarne wesele

mam sentyment do majówki. to właśnie podczas jednej z nich zaczęła się moja miłość do domów w kratę. poszukiwania trwały już wcześniej ale nie tutaj, a w Ziemi Kłodzkiej. w trakcie kilku wyjazdów poszukiwawczych jakoś nie potrafiliśmy znaleźć tam miejsca dla siebie. a to lokalizacja nie taka, a to dom w fatalnym stanie, a to cena zabójcza. powoli, lecz systematycznie przesuwaliśmy się na zachód, aż przyjechaliśmy na majówkowe włóczęgi po górach połączone z dalszym poszukiwaniem miejsca dla nas w Rudawy Janowickie i okolice Kamiennej Góry. sprawdzaliśmy znalezione w necie rudery. ale to wciąż nie było to. znów pudło.
ostatniego dnia podwieźliśmy do "Jelonki" dwie turystki z ogromnymi plecakami wracające do domu (Beskidu Sądeckiego) z wyprawy po Parku Krajobrazowym Doliny Bobru. w ramach podzięki za podwózkę zostawiły nam mapę. mieliśmy jeszcze trochę czasu wiec pojechaliśmy, kierując się owąż mapą (dziewczyny, dzięki, bez niej byśmy się tam nie wybrali!), w stronę Małej Kamienicy, Kwieciszowic, Proszowej, Antoniowa i innych uroczych wsi leżących u podnóża Gór Izerskich. spotkanie z pierwszymi domami w kratę było jak dźgnięcie strzałą kupidyna w prawą komorę pompy ssąco tłoczącej! zapragnęłam mieszkać w takim domu.
po powrocie do Poznania rozpoczęły się poszukiwania domów szachulcowych na sprzedaż, a tydzień później (8 maja) po raz pierwszy oglądaliśmy na żywo śledzibę. od tamtej chwili, w co trudno nam uwierzyć, minęło pięć lat a nasze życie całkowicie się zmieniło.

śledziba 8.05.2010.
w tym roku podczas majówki również odwiedziliśmy krainę w kratę, choć nie byliśmy na południu, a na północy Polski, a dokładniej na Pobrzeżu Koszalińskim. to już nasza druga wyprawa w tamte strony i coś mi mówi, że nieostatnia.
myślę, że dolnośląscy włodarze mogliby się zainspirować działaniami mieszkańców bliźniaczej krainy nad Bałtykiem w zakresie turystyki opartej na budownictwie regionalnym.

http://www.swolowo.pl

nadmorska kraina w kratę ma swoją stolicę w Swołowie, gdzie znajduje się  fantastyczny, interaktywny obiekt - Muzeum Kultury Ludowej Pomorza Środkowego, którego nie mogliśmy pominąć. o naszej pierwszej wizycie w tym raju dla miłośników domów w kratę już pisałam.


Swołowo niezmiennie wzbudzają moją olbrzymią zazdrość! i nadal Dolny Śląsk nie ma takiego miejsca, w którym z pietyzmem przedstawia się techniki budownictwa wiejskiego, gdzie stara dachówka czy cegła jest wyeksponowana jak przedmiot najwyższej wartości, a dziewiętnastowieczny zamek skrzynkowy nie jest tylko kawałkiem żelastwa, który można sprzedać na złomowisku! nie wspominając o starych meblach, czy sprzętach codziennego użytku.


 tutaj nawet drewnojady są pięknie wyeksponowane
odwiedziliśmy też Kluki uroczą wioskę nad jeziorem Łebsko, której dużą część zajmują budynki Muzeum Wsi Słowińskiej. stare, rybackie chałupy w kratę pokryte omszoną, trzcinową strzechą, stoją po obu stronach drogi, która tutaj się kończy. ten uroczy charakter Kluki zawdzięczają swojemu położeniu, sprzyjającemu izolacji (dookoła mokradła, a dalej tylko jezioro). przez dziesięciolecia nikt nowy się tutaj nie osiedlał, a prawie cała wieś była ze sobą spokrewniona. dopiero po wojnie sytuacja zmieniła się diametralnie, ponieważ Słowińców  (choć w rzeczywistości są odłamem ludności kaszubskiej) potraktowano jak Niemców (ze względu na ich poddanie się germanizacji). historia Kluk (jak i całej krainy w kratę) przypomina dolnośląską - przesiedlenia, grabieże, dewastacja, niechęć. po wojnie stare chałupy systematycznie pustoszały. w latach siedemdziesiątych duża część oryginalnych zabudowań wsi została zniszczona. dzięki staraniom słupskich muzealników kilka chałup zostało uratowanych przed rozebraniem.

  
w słowińskich wsiach położonych nad jeziorami Łebsko i Gardno mieszkali głównie rybacy, dla których połów ryb był podstawowym źródłem utrzymania. budowali oni często długie chałupy
o konstrukcji szkieletowej wypełnionej gliną, z  mieszkaniami dla dwóch, trzech rodzin. takie wielorodzinne budownictwo było związane z funkcjonowaniem wspólnot rybackich (zwykle rodzinnych), ułatwiających prowadzenie połowów. budynki mieszkalne miały dachy naczółkowe z tzw. dymnikiem, czyli z niewielkimi otworami pod kalenicą, służącymi do wyprowadzania dymu z chałup. każda rodzina posiadała swój budynek gospodarczy złożony z kilku pomieszczeń pełniących funkcje obory, stajni, chlewu, drwalni lub składu narzędzi. chałupy stawiano frontem do ulicy, natomiast budynki gospodarcze szczytem [1].

 

czarnym weselem (Schwarze Hochzeit) nazywano niegdyś tradycję kopania torfu na opał. odbywało się ono w połowie maja ze względu na niski poziom wód gruntowych, dzięki czemu łatwiej można było torf wydobywać. wydobyciu uczestniczyła cała wieś a praca opierała się na wzajemnej pomocy sąsiedzkiej. w ten sposób w przeciągu kilku dni wszyscy mieszkańcy wsi zaopatrzeni byli w opał na zimę. wspólna praca była też okazją do biesiadowania.


 

podczas imprezy można było zobaczyć jak niegdyś mieszkańcy wsi słowińskiej budowali swoje domy, tworzyli sprzęty codziennego użytku, co jedli i jak się bawili.



[1] Tomasz Czerwiński "Budownictwo ludowe w Polsce", MUZA SA, Warszawa 2010.

a na Dolnym Śląsku już niedługo Dzień Otwartych Domów Przysłupowych, do udziału w którym już teraz zachęcamy.


wtorek, 31 marca 2015

wiosna

mamy za sobą pierwszy wiosenny deszcz, śnieg (w zasadzie śnieżycę), niejedno gradobicie, gromobicie, trąbę powietrzną (latała dziś po Wielkopolsce) i pierwsze w sezonie remontowe niepowodzenia. niestety nie zakwalifikowaliśmy się do żadnej z wnioskowanych dotacji, nici więc z wielkiego remontu izby zrębowej :'((( buuuuu..u "ministra" zabrakło kilku punktów do uzyskania donacji z automatu; u "marszałka", hmm klapa na całego, wniosek został odrzucony jeszcze przed rozpatrzeniem, z powodu braku pozwolenia na budowę! kopia pozwolenia musiała ulec dematerializacji, albo nieplanowanemu przemieszczeniu w przestrzeni.

na pocieszenie mamy mnóstwo prac niskobudżetowych, więc sezon i tak powinien być owocny. woluntariuszy chętnych do pomocy prosimy o kontakt :P

jako, że mamy wiosnę, wypada zaprezentować pierwszy śledzibowy kwiatek. co prawda ten kwiatek jest pstryknięty zimą (trzeciego stycznia) ale tak naprawdę zakwitł jeszcze jesienią ˜– jakoś w listopadzie – tuż po tym, jak z zimna pochowały się ślimaki, które skutecznie od wiosny po jesień objadały każdy jego zalążek.


ta sama pierwiosnkowata roślina siódmego marca, jak widać ma się dobrze. ślimaki ciągle śpią...i niech tak zostanie.
pozdrawiamy i życzymy wszystkim sukcesów i zdrowia!!!
i&g

poniedziałek, 8 grudnia 2014