środa, 9 lipca 2014

gość

zawitał do nas gość. przyleciał z samej Afryki! obejrzał chatę, pospacerował po łące, zjadł obiad /nie całkiem wege :-(/, wyklekotał parę słów i ruszył w dalszą drogę.



pomachał nam na pożegnanie, to chyba mu się podobało. 


p.s. świetliki są i u nas ;)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

nabroiło się - czyli o tym jak pięknieje nam chałupa – cześć I

stało się! w końcu, po latach wyczekiwań i ociągania się rozpoczęliśmy prawdziwy remont! nie jakieś tam zamiatanie, przekładanie, przyczepianie folii i inne prowizorki, lecz remont zmieniający wygląd naszego domu!
historyczny moment miał miejsce.. w końcówce zeszłego roku (tak, wiem, ociągałam się z relacją paskudnie). nie było przecinania wstęgi ani występu orkiestry dętej, choć fanfary grały nam w głowach, a serca przepełniała ekscytacja zmieszana z paniką. dlaczego dopiero teraz? zwlekaliśmy z różnych przyczyn – formalnych, finansowych, ale i ze względu na strach przed spowodowaniem nieodwracalnych, złych zmian wynikających z naszej niewiedzy. w końcu jeszcze kilka tygodni przed kupnem śledziby nie wiedzieliśmy nawet, że na Pogórzu są takie domy, nie mówiąc już o naszej wiedzy na temat remontowania takowych. wiedzieliśmy natomiast, że ze względu na oryginalny, zachowany charakter chałupy remont nie powinien być przypadkowy i obarcza nas sporą odpowiedzialnością. z perspektywy czasu trochę śmieszy mnie przekonanie o konieczności pozostawienia starego tynku, resztek gliny w polach szachulca, poszarzałej farby wapiennej na ścianach i belkach, czy przegniłej i zżartej przez drewnojady podłogi. przez takie myślenie straciliśmy sporo czasu, ale może uchroniliśmy śledzibę przed naszymi błędami remontowymi. zanim wprowadzimy jakiejkolwiek poważne zmiany sto razy zadajemy sobie pytanie "jak naprawić, żeby nie popsuć?" i szukamy złotego środka pomiędzy współczesnością a tradycją (a przynajmniej tak nam się naiwnie wydaje).

nie zdecydowaliśmy się na remont śledziby w stylu coraz bardziej popularnym na Pogórzu (w całym kraju zresztą). nie będzie (co może niektórych rozczaruje) różowej elewacji, czerwonej blachodachówki ani plastikowych okien połaciowych. postanowiliśmy podążyć nie tak krzykliwą drogą i skorzystać z tradycyjnych, starodawnych technik budowlanych. nie robimy tego ze względu na wymogi konserwatorskie, o nie! robimy to z szacunku do architektury regionalnej (choć z tego regionu nie pochodzimy), chęci zachowania dziedzictwa (nie ważne czyjego - polskiego, łużyckiego, czy niemieckiego - po prostu pogórzańskiego /w skali mikro/ lub europejskiego /w skali makro/), czy chęci życia w wyjątkowym i pięknym domu.

remont rozpoczął się od naprawy szachulca, którego fatalny stan powodował dalsze niszczenie śledziby. przez ubytki w szachulcu lała się woda, sypał się śnieg i grad. trzeba było w końcu temu zaradzić. najlepszym w naszym mniemaniu szachulcowym specjalistą  na Pogórzu jest W. P. (szachulec.pl) - "rzemieślnik wiejski", którego podejście do domów przysłupowych i szachulcowych jest bliskie naszemu - zostawić co można, wymienić co trzeba, odtworzyć najwierniej, ratować! zatem poprosiliśmy W. o naprawę naszego szachulca. polegała ona na uzupełnieniu żerdek w polach szachulca - to na nich trzyma się glina, wymianie kilku elementów konstrukcji ryglowej i wreszcie uzupełnieniu pól gliną wymieszaną ze słomą.


było

jest


    było


jest
nie jest to jeszcze docelowy wygląd szachulca. gliniane pola zostaną otynkowane i pomalowane białą farbą wapienną. wraz z przyciemnionymi belkami powstanie czarno biała krata.
wzór, który został w glinie wyrysowany ma ułatwić nałożenie tynku (w kolejnym etapie robót). tego typu wzory zobaczyć można na niejednej pogórzańskiej chacie, tam gdzie tynk już odpadł (przykład 1, przykład 2). 

 wzór na naszej stodole
 nowy wzór
remont konstrukcji i wypełnienia szachulca został dofinansowany przez Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego (dziękujemy).


wtorek, 4 marca 2014

zwyczajny niezwyczajny weekend


siedząc w Poznaniu zastanawiam się czasami co tak naprawdę spowodowało, że chcemy pozostawić wygodne życie w mieście dla dwustuletniej chałupy w nie najlepszej kondycji. ostatni weekend sprawił, że szybko przypomniałam sobie co takiego kryje w sobie magiczne Pogórze.
mijając autostradę A4 Jędrzychowice - Wrocław wkraczamy do zupełnie innego świata. Karkonosze na horyzoncie, wiatraki wiercące dziury w chmurach i już czujemy się jak w domu. nie wiemy kiedy "tutaj" stało się dla nas bardziej "u siebie" niż w Wielkopolsce. pozostawiając autostradę za plecami widzimy wyraźną zmianę architektury i krajobrazu.. i już wiemy, że to tam za tą samotną, niewysoką górą czeka na nas śledzibka. bezwarunkowo pojawia się nam uśmiech na twarzach, a do krwi płynie cała chmara endorfin. mijamy Grodziec, nasze lokalne "Mont Saint Michel" (czasami mam wrażenie, że zaraz nadciągnie fala pływowa i zaleje łąki wokół tej niewysokiej góry powulkanicznej). ale tu pięknie! słońce świeci, pagórki rysują swoje łagodne garby, to z lewej, to z prawej. ehh, jak wspaniale, że będziemy tutaj mieszkać! (będziemy?)

dojeżdżamy do śledziby. najpierw następuje rytualny obchód. jak tam kwiatki moje? co wygramoliło się już spod ziemi? o proszę jest, krokus - jeden! (a miało być pięćdziesiąt)

co rusz spoglądam na południe, dziś Karkonosze niewyraźne - przejrzystość powietrza słaba. za to słychać znajome odgłosy, o lecą w naszą stronę! to parka żurawi zamieszkująca gdzieś nieopodal wybrała się w lot nad śledzibą. zima nie wyrządziła szkód wymagających interwencji, więc mamy czas na wypoczynek, kawka u sąsiadów w promieniach grzejącego słońca, co dalej.. może krótka wycieczka po dobrze znanych drogach? jedziemy w odwiedziny do Pogórzańskich Znajomych. dziś trasa: Rząśnik - Bełczyna -  Bystrzyca - Przeździedza - Marczów - Radomiłowice. mijamy Ostrzycę - dolnośląską Fujijamę. goni nas, a może ucieka, stadko parzystokopytnych.

rzut oka na stan wody w Bobrze. tak niskiego jeszcze nie widzieliśmy. niemalże można przejść suchą stopą! w tym roku nie ma co topnieć - śniegu brak.


i taki to zupełnie inny świat, za którym w mieście tęsknimy.

p.s. o zeszłorocznych postępach prac napiszemy wkrótce.

poniedziałek, 14 października 2013

skórzana rocznica

wirzyć się nie chce, że to już kolejna, TRZECIA (!), rocznica zawarcia notarialnego związku ze śledzibą. choć pierwsze dwa sezony polegały głównie na sprzątaniu, douczaniu się i papierologii, w trzecim roku w końcu ruszyliśmy z kopyta, no może raczej kopytka ;-)
nasze styczniowe perypetie odniosły wymierny skutek, choć wyniki naborów nie do końca poszły po naszej myśli. tak czy inaczej udało się uzyskać wsparcie finansowe na częściowy remont dachu z Dolnośląskiego Urzedu Marszałkowskiego. ów remont jeszcze przed nami :/ w międzyczasie toczyło się sporo prac zmieniających oblicze i stan moralny domu → fotorelację zaprezentujemy bliżej końca roku.


[i&g]
p.s. sezon śledzibowo-remontowy trwa.

poniedziałek, 9 września 2013

z przykrością informujemy,


że z powodu trwającego remontu, w najbliższym czasie zamknięta zostanie czytelnia w naszym obiekcie. zainteresowanych skorzystaniem ze zbiorów, kilka przykładów poniżej, prosimy o zaplanowanie wizyty najpóźniej do końca bieżącego miesiąca. istnieje możliwość wieczystego wypożyczenia dowolnej ilości pozycji. [g]









środa, 29 maja 2013

DODP 2013 - subiektywnie

daliśmy się zaskoczyć, jak drogowców pierwszy atak zimy! na wpół w śpiworze, na wpół ze szczoteczką do zębów na środku łąki usłyszeliśmy nadjeżdżający samochód z gośćmi...tego się nie spodziewaliśmy!
w ubiegłym roku czekaliśmy na pierwszą wizytę od samiutkiego rana...aż do późnych godzin popołudniowych, zatem zdawało nam się, że i w tym mamy duuuuużo niedzielnego czasu nim ktoś odwiedzi nasze skromne progi. a tu taki psikus! która to była godzina? pewnie tuż po dziewiątej. pierwsi goście przyjechali do nas z domu z piaskowca. herbata/kawa w miłym towarzystwie sprawiła, że zimno tego poranka było mniej odczuwalne. pożywne, ciastkowe śniadanko dodało energii na cały dzień.

jeszcze nie odjechali goście zza miedzy, a na horyzoncie pojawiły się dwie kolejne osoby. na powitanie usłyszeliśmy przyjaźnie łamaną polszczyznę "my Niemcy". szybka riposta z naszej strony "do you speak English?", i odpowiedź "no" cofnęła mnie w czasie do lat licealnych, kiedy to uczyłam się języka sąsiadów. dawno to było, oj dawno, a piątka na świadectwie po tylu latach niestety nie gwarantuje porozumienia.. no cóż "herzlich wilkommen" "bitte sehr". rozumieć, to jedno, mówić drugie. zawsze pozostają ręce (które notabene były w stałym użyciu). okazało się (o ile dobrze zrozumiałam), że pan zajmował się zawodowo stawianiem pieców kaflowych, dzięki czemu dowiedzieliśmy się ile lat mają nasze piece i skąd pochodzą kafle. oględziny domu były dość szczegółowe, a goście obiecali powrócić po zakończonym remoncie. ja natomiast mam nowe postanowienie: odświeżyć język Goethego!
czas na śniadanie! pomyśleliśmy – w tym momencie zatrzymuje się samochód, a do uszu naszych dochodzi pytanie "czy to numer 26?" "tak". zapraszamy!

ale co to?  kolejny samochód? dwie rodziny na raz? oj szkoda, nie będziemy mogli poświęcić każdemu tyle uwagi ile byśmy chcieli.. ale zaraz, zaraz, Oni rozmawiają ze sobą! dorośli dyskutują niczym starzy znajomi..dzieci bawią się na łące, zbierają kwiaty na Dzień Matki, fantastycznie! jadą dalej zwiedzać domy przysłupowe. szkoda...
no to może teraz coś na ząb (zaczyna burczeć w brzuchu)? która jest godzina? 14:00? co? niemożliwe!!! idę zmienić spodnie. od rana chodzę w dresie. ktoś przyjechał...
na deser, a może na obiadokolację  przyjechali znajomi.
miały być pyrki z ogniska z gzikiem, a wyszły węgielki. na szczęście sąsiad przywiózł to co obiecał.

Odrobina statystyki:
- gości przyjmowaliśmy od ok 9:00 do ok 19:00 (zupełnie straciłam poczucie czasu);
- naliczyliśmy 21 osób, w tym troje dzieci, artystę, cieślę, zduna, architekta, fizyka, tłumacza przysięgłego, przedsiębiorców, rolnika-budowlańca, historyka, urzędnika, PRowca/baristę, dwoje Niemców, jednego Anglika, dwie dziewczynki, jednego chłopca;
- czego nie zdążyliśmy zrobić: umyć zębów, ubrać się, zjeść śniadania, zjeść obiadu, posprzątać...
- zwiedzający mieli od 4 do 65 lat (?);
- średni czas zwiedzania - 120 minut
- parking był bezpłatny ;)

i było tak fajnie, że chętnie powtarzalibyśmy ten dzień kilka razy w roku! a kto chciał, ale nie mógł, może w innym terminie – zapraszamy!